Opowiemy tragikomiczną historię

Już 11 maja o godzinie 17.30 Scena Czeska Teatru Cieszyńskiego premierowo wystawi dramat Tennessee Williamsa „Kočka na rozpálené plechové střeše” („Kotka na gorącym blaszanym dachu”). O najnowszej inscenizacji opowiada reżyser, Petr Kracik.

Tytuł reżyserowanej przez Pana sztuki to metafora. Jak Pan ją interpretuje?

Jest to określenie odczuć postaci tego dramatu. Takiego surowego porównania używa jedna z bohaterek sztuki w odniesieniu do swojego życia. Jednak myślę, że tę metaforę można zastosować do pozostałych postaci, czyli do reszty rodziny. Dochodzi bowiem między nimi do nieuniknionej konfrontacji. W tym zauważam tragizm tych bohaterów. 

Przeniesie Pan na scenę cały dramat Tennessee Williamsa czy dojdzie do skrócenia sztuki?

Adaptujemy broadwayowską wersję dramatu, w której dochodzi do sporych przesunięć. Mam tu na myśli prapremierowe wykonanie „Kočki…” w Nowym Jorku w reżyserii Elii Kazana z 1955 roku. Kazan poprosił bowiem wówczas Williamsa, by zmienił zakończenie sztuki, a więc nałożył poprawki na cały trzeci akt. Oryginał jest pesymistyczny, a broadwayowska wersja może nie jest w pełni optymistyczna, ale chociaż daje nadzieję. U Kazana główny bohater, Brick zmienia się, co u Williamsa nie następuje. Ponadto zostaje tu położony nacisk na miłość i na słowa matki: „My wszyscy musimy się kochać”. Miłość jest najważniejsza i w tym sensie coś łączy to przedstawienie z poprzednim, które zrealizowałem na Scenie Czeskiej, czyli „Gazdiną Robą”. 
Broadwayowska wersja w Republice Czeskiej zaczęła być grana na przełomie lat 80. i 90. Ja byłem bodaj pierwszym czy drugim czeskim reżyserem, który wyreżyserował tę wersję. 

Czyli nie jest to Pana pierwsze zetknięcie z „Kočką…”?

Reżyserowałem tę sztukę w latach 90. w Teatrze pod Palmovkou. Jednak w Teatrze Cieszyńskim pracuję w innej przestrzeni i z innymi aktorami, a zatem to nie będzie takie samo przedstawienie. Moim zdaniem będzie nawet lepsze od poprzedniej inscenizacji.
Adaptujemy broadwayowską wersję dramatu, w której dochodzi do sporych przesunięć. Oryginał jest pesymistyczny, a broadwayowska wersja może nie jest w pełni optymistyczna, ale chociaż daje nadzieję.

Stawia Pan, tak jak w przypadku „Gazdiny roby”, na taniec i śpiew na scenie?

To jest wersja broadwayowska tylko w warstwie tekstu i jego wydźwięku, natomiast w kwestii formalnej to będzie teatr dramatyczny, ale nie wyłącznie poważny i tragiczny. Chciałbym bowiem, by ten spektakl miał charakter tragikomiczny, tak jak to bywa w życiu. Tennessee Williams potrafi być bardzo dowcipny, więc humor jest już w oryginale. Dostrzegam również dowcip w czeskim tłumaczeniu tej sztuki z lat 80., które wykorzystujemy. 

Dramat czyta się doskonale, ale już jego wystawienie w teatrze jest poważnym wyzwaniem. Głównie z powodu rozbudowanych scen, statyczności i sporej narracyjności (bohaterowie prowadzą długie dialogi pełne różnych historii). Jak Pan zamierza sobie z tym poradzić, by „Kočka...” nie wybrzmiała jak słuchowisko?

Pełna zgoda, że u Williamsa mamy nieprawdopodobnie długie dialogi i to jest sprawdzian dla reżysera. Jedna z rozmów w oryginale trwa czterdzieści minut! My to ograniczyliśmy do dwudziestu minut. W licznych partiach lirycznych i odnogach głównej akcji fabularnej dostrzegam jednak potencjał w postaci skarbnicy informacji dla aktora do pracy nad rolą. Z kolei długie historie, które opowiadają bohaterowie, to nic innego jak anegdoty. Oglądałem archiwalne wywiady z autorem i on opowiadając o tym, jak tworzył tę sztukę, ciągle śmiał się i przytaczał kolejne zabawne historie. Jestem pewien, że ten dramat nie ma wyłącznie poważnego i psychologicznego wymiaru. Zachowując wspomniany tragikomiczny wydźwięk przedstawienia, pozwalam aktorom Sceny Czeskiej na rozwinięcie kreacji inaczej niż statycznie. Takie zastosowanie ułatwia pracę aktorom, a także czyni przedstawienie atrakcyjniejszym dla widzów. Te rodzinne kłótnie bohaterów, owszem, są straszne, ale jednocześnie strasznie… śmieszne. Jedna sprawa to jest, co te postaci do siebie wykrzykują w szale kłótni, ale druga – co przy tym robią i jak wówczas wyglądają. W tym punkcie jest praca dla reżysera i aktorów, żeby właśnie nie powstało słuchowisko. 
Zachowując wspomniany tragikomiczny wydźwięk przedstawienia, pozwalam aktorom Sceny Czeskiej na rozwinięcie kreacji inaczej niż statycznie. Te rodzinne kłótnie bohaterów, owszem, są straszne, ale jednocześnie strasznie… śmieszne.

W głównych rolach zobaczymy Petrę Sklářovą, która zagrała też rolę pierwszoplanową w „Gazdinie robie”, ale zarazem Ondřeja Frydrycha i Vítězslava Kryške, którzy będą mogli tutaj rozwinąć skrzydła aktorskie. Ponadto wystąpią: Lenka Waclawiecová, Petr Sutorý, Jolana Ferencová, Miroslav Liška i Miloslav Čížek. Jak się Panu pracowało z aktorami Sceny Czeskiej przy tej inscenizacji?

Rzeczywiście, Vítězslava Kryške zagrał w „Gazdinie robie” tylko małą rolę barona, zaś z Ondro Frydrychem pracuję po raz pierwszy. Z kolei ponowny wybór Petry Sklářovej do obsadzenia roli pierwszoplanowej wynika z tego, że jest to jedyna aktorka w bieżącym zespole Sceny Czeskiej, która ma adekwatny wiek do postaci dramatu. Ponadto moim zdaniem Petra idealnie pasuje do tej roli – Maggie musi być piękna, głęboko nieszczęśliwa, a jednocześnie silna i waleczna. W dotychczasowych inscenizacjach „Kočki…”, które widziałem, Maggie jest bez charakteru i stwarza wrażenie raczej słabej postaci. Kompletnie tego nie rozumiem… Sklářová gra tutaj kobietę z charakterem.
Praca przy tej inscenizacji była dla mnie zaskoczeniem, bo jeszcze dwa miesiące temu nie przypuszczałem, że będę realizować „Kočkę…”. Ta premiera jest koniecznym zastępstwem za „Drobečky z perníku” Neila Simona, do której to sztuki niestety nie otrzymaliśmy praw wystawienia. Musiałem szybko zastanowić się nad wyborem innego dramatu, który mógłby być dalszym testem rzemiosła aktorskiego dla zespołu Sceny Czeskiej. „Kočka na rozpálené plechové střeše” to jednocześnie sztuka, która może poruszyć widzów, jak i dzieło będące wyzwaniem dla aktorów. Sądzę, że w zespole Sceny Czeskiej mamy wykonawców, którzy potrafią to zagrać na wysokim poziomie, na jakim od początku mi zależało. 
08 / 05 / 2019
Małgorzata Bryl-Sikorska

Czytaj też:

Co o tym sądzisz